tak właśnie w mojej głowie są kołtuny (wierzę, że tak to się pisze...)
ale jakie poetyckie te moje kołtuny...
jedne większe
inne mniejsze
trzecie trochę szare
a te najbardziej skołtunione najbardziej kolorowe...
dziś w rynku porozumiewałam się językiem pozawerbalnym i pływałam na pływalni świdnickiej...
po południu wtopiłam się w mój zeszyt od Historii Sztuki i w słownik o nazwie pochodnej...
słuchałam Trójki
i czekałam na wieczór
żeby pojechać z Elą do Orzecha
Niedzielny wieczór jest tym ulubionym, tym na który czekam przez cały tydzień
chowam się w białą albę i znikam w dymie kadzidła
uciszam wszystko co we mnie krzyczy
ale to tylko dwie godziny na cały tydzień...
na 7 dni
168 godzin
i jeszcze dużo innych chwil mija, ale żeby o nich od razu pisać...
nie nie
narazie na tym : dowidzenia...